Wszyscy ciągle udostępniają wierszyk o lokomotywie w komputerze. Popatrzcie raz, jak to naprawdę powinno być.
Jeśli nie rozumiecie czegoś, to ja chętnie przetłumaczę. 😛
LOKOMOTYWA (w gwarze poznańskiej)
Stoi na stacji wielgachno bana
cało w oliwie jest opypłana.
Para z ni bucho i poświstuje
a palacz ciyngiym wef ni hajcuje.
Wuchte wagonów mo zahoczone
wef kożdym klunkrów jest nawalone.
Jest tych wagonów cóś ze śtyrdzieści
wcale nie wiada co sie tam zmieści.
W piyrszym wagónie kole wynglarki
jadom z Poznania same Kaczmarki
jedzie tyż kundziu i z Wildy szczuny
a kożdy śrupie z tytki bonbony.
Wef drugim szkieły i ejber łysy
śtyrech góroli i dwa hanysy.
Potym jest proszczok, owce i kónie
wszysko to w czecim jedzie wagónie.
Dalej som ryczki i szafónierki
jakieś wymborki i salaterki.
Śtyry wagóny jadom z meblami
za nimi dziesińć wagónów z pyrami.
Na samym kuńcu cołkiym dla śmiechu
tyn co to pisoł – sam Wuja Czechu.
Uwaga, utwór jest ładny, ale zawiera treści, z którymi można dyskutować.
Niewidoma
Autor dla mnie wciąż nieznany, bo w internecie tego nie mogłam znaleźć
Połóż dłoń swoją proszę na mojej twarzy.
Chcę trochę o twojej dłoni pomarzyć.
Chcę odczuć od nowa jej ciepło i siłę
I zbadać wargami jej kształtów zawiłość
O, jakże władczym jest ręki twojej dotyk,
Dwa światy łączy węzłem leciutkiej pieszczoty.
Jakże mi wiedzieć gdzie się świat twój zaczyna?
Jakąż to drogą iść musi ku niemu ślepa dziewczyna?
Mówisz mi często, że jestem piękna.
Słodko słyszeć te słowa, choć nie wiem, co znaczą.
Bo ja myślę, że wszystko jest piękne – wszystko, co można zobaczyć.
Więc mówisz: złote mam włosy… Złoto dźwięczy.
"Oczy błękitne jak niebo"… Jakiż jest błękit?
"Usta jak maliny"… Wonne i słodkie maliny,
czyż można porównać do ust niewidomej dziewczyny?!
Nie myśl, że jestem smutna. Ja się tylko dziwię,
że świata można tak daleko oczami dotykać,
że świat Nie jest tylko w bolesnych potknięciach prawdziwy,
że w tobie dla mnie słowami rozkwita.
Przesuń dłoń swoją proszę po mojej twarzy.
Zbadaj ją tak, jak ja badać muszę twoją!
Przecież się ręka twoja na taką wędrówkę odważy
Drżenie jej wargi moje uspokoją.
A więc napotkać musiałeś i oczy –
ściany twarde, powiekami niepotrzebnie zakryte
Uderz w me oczy! Błysk w bólu to jest światło jedyne,
jakie w mych oczach może zaświtać!
Ja tego co ty nazywasz patrzeniem czynić nie umiem.
Lecz muszę patrzenie zrozumieć, więc na tym błysku świat i światło buduję.
I to wszystko, czego w tobie nie widzę.
A teraz, odejmij dłoń swoją proszę od mojej twarzy.
Jakże się lęk mój bez końca odnawia!
I zważ, jakie to dziwne, że my się kochać możemy,
Gdy ja do ciebie ze swego świata przemawiam
I słyszę twoją odpowiedź z nieznanej mi ziemi.
Dziś do babci przyszedł znajomy. Posiedział, pogadał z nią i powymieniali się trochę swoimi poglądami na życie. Chcąc nie chcąc, musiałam ich słuchać. A oto, czego się dowiedziałam:
1: do starego człowieka nikt nie chce przyjść i spędzić z nim trochę czasu, choć wiele się o tym mówi.
2: Komornicy to najgorsza hołota. Najlepiej byłoby zamknąć ich wszystkich do obozu pracy.
3: Te ludzie dzisiejsze to bez komputera nic nie umią, same głupki ci młodzi teraz. Jak im te komputery padną to ciekawe co zrobią.
3: Opiekunka z PCK to niby dobrze, że jest, ale też w zasadzie źle, bo ciągle trzeba pilnować, żeby czegoś taka nie ukradła. Bo też tam chyba zatrudniają chyba najgorszych ludzi do takiej pracy. I, uwaga, nieważne, że tak naprawdę najgorszą cholerą dla babci okazały się dwie tylko z tych opiekunek, a reszta była w porządku. Wszystkie równo, no, może poza dwiema, które są kochane, to małpy przeklynte.
4: Pan Bóg dał ludziom 10 przykazań, ale ludzie mają je za nic. Pójdzie taki katolik do spowiedzi i już ma grzechy odpuszczone. A piąte (tak, piąte, nie siódme) przykazanie jest nie kradnij. Ale komu to jest potrzebne, któremu katolikowi, który chodzi w niedzielę do kościoła. To już jest za stare, żeby w to wierzyć.
Poza wszystkim, wyczuwam tu wpływ propagandy świadków Jehowy, do których i babcia, i ten znajomy należą. Swoją drogą ciekawie ta rozmowa wyglądała. Babcia coś mówiła, a on jej przytakiwał i jeszcze coś dorzucał. Sam chyba nic konstruktywnego nie powiedział poza pogłębieniem tematu.
A teraz refleksja: ja rozumiem, że narzekanie jest takie fajne, bo człowiek narzekający czuje się jakoś lepszy niż ci, na których marudzi. Problem polega na tym, że babcia robi to bardzo często, a już jak ktoś do niej przyjdzie, oo to wtedy to już ma z kim sobie pogadać, znaczy pobrynczeć. Dochodząc do konkluzji: kurde, jakie to jałowe! Jakie to nudne i jednostajne! I na dodatek odnoszę wrażenie, że to jest już taka przypadłość starszych ludzi, że widzą samo złe, że tylko kiedy ich za język pociągnąć, z generalizowania wszystkiego i wrzucania do jednej wielkiej szuflady z naklejką "Świat się tylko pogarsza" potrafią wygrzebać i oddzielić coś, z czego są zadowoleni. Dla takich ludzi to dopiero życie jest ciężkie!
Mam nadzieję, że ja tak nie skończę.
Moja refleksja na dziś i w ogóle, życiowa:
o wiele łatwiej coś zepsuć, niż naprawić.
To jest i bolesne, i przez to mądre. Gdyby łatwiej było naprawiać niż psuć, bylibyśmy nieograniczeni. Nie znalibyśmy pewnie smaku porażki, nie byłoby zła. A gdyby nie było zła, to wiadomo, nie wiedzielibyśmy, czym jest dobro. Co nie zmienia faktu, że to okrutne. Jak łatwo nabrać złego nawyku dlatego, że nam coś niby daje. NO OK, może nam daje, ale komuś innemu szkodzi. Albo tylko pozornie daje, jak np używki. A potem jak ciężko uwolnić się od uzależnienia… I nie mówię tu już o samych używkach, każda taka rzecz może się stać nałogiem. Można być nałogowym leniem, egocentrykiem, złodziejem, nałogowo mijać się z prawdą, zachowywać się impulsywnie i ściągać na sprawdzianach. To wszystko niszczy, nie tylko tych, których się okłamie czy wykorzysta w inny sposób, ale przede wszystkim tego, kto to robi. A jeśli ktoś już przejdzie tę granicę, jeśli już mu się z tym zrobi dobrze, nie będzie mu to przeszkadzać, a co dopiero, żeby chciał to zmienić… Taki człowiek… Jest już stracony. Nigdy już nie będzie miał szansy dać sobie z tym rady, chyba, że zdarzy się coś, co mu o tym przypomni.
Czasem mam wrażenie, że życie tylko na tym polega, by starać się nie poddać, by ciągle walczyć, pracować nad sobą, by w tej bardzo trudnej walce chcieć i robić tak, by zgadzać się z samym sobą. Nie jestem praktykującą i zbytnio wierzącą katoliczką, ale… Czyż takie myślenie nie jest bardzo pobożne, jakkolwiek mija się z pojęciem Boga? Bo to ja mam być porządnym człowiekiem, trzymać się 10, no dobra,, od czwartego wzwyż przykazań, a to, czy Bóg jest, czy nie, to inna kwestia. Dekalog to dobryprzewodnik życiowy. Tak jak słowa znane z serialu "Dom": "Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał". Piękne, tylko… Jak? Jak to osiągnąć? Jedyna odpowiedź jaką znam brzmi: walką. Ciągłą walką, ciągłym staraniem się, by postąpić dobrze, by nie zboczyć ze swojej drogi. By naprawiać jak najwięcej, psując najmniej. Ale to jest trudne. Bardzo trudne. Co, jeśli nic z tego nie wychodzi? Jak od tego wytchnąć, skoro każda chwila wytchnienia, to cofnięcie się w tej walce o krok, ustąpienie pola temu złemu?
W odpowiedzi na posta kolegi Michała Dzienisowicza (który ukazał się na jego profilu na fb rok temu) oraz ulegając namowom i uznawszy, że faktycznie jest to ciekawy temat na wypowiedź, dokonam porównania specjałów z Tynieckiej z tymi serwowanymi w restauracji Stołówka przy Placu Przemysława 9 w Owińskach. Mój tekst nie będzie jednak tak entuzjastyczny, bo jako Polka bardzo lubię sobie ponarzekać i pokrytykować co się da. I ciekawe kto przeczyta tę recenzję od początku do końca, bo mało to tego nie będzie. 🙂
Po pierwsze: kolego Michale, co wy tam za cuda niewidy spożywać możecie! Feta, sałatka grecka, pesto, pierogi… tych słów w Owińskach nie słyszałam nigdy w połączeniu z wyrazem stołówka. Tutaj najbardziej zagraniczne danie to zupa neapolitańska, czyli po prostu warzywna bez mięsa, a za to ugotowana z serem topionym albo może żółtym, całkiem zresztą smaczna. Zwykle króluje przaśny i do bólu zwyczajny żółty ser, parówy i kiełbasa śląska. Najbardziej luksusowo brzmią może polędwica i parówki delikatesowe, czyli po prostu cienkie. Pierogi to były w ciągu mojego w sumie 12-letniego, aczkolwiek przerywanego doświadczenia z obiadami podane tylko raz – w bieżącym roku, 1 kwietnia na tzw. drzwiach otwartych. Wspomniany w powyższych komentarzach gulasz faktycznie jest do tej pory pyszny, ale wszystko dobrze, dopóki nie podadzą go z rozciapaną i rozwodnioną ziemniakową babrą. Wspomniana babra w postaci mniej lub bardziej wodnistej lub zmieszanej z jakimś tłuszczem chyba to tutaj codzienność. Pyrki w całości trafiają się rzadko, bo szybciej stygną. Za to co czwartek [mawiało się, że dlatego, że wtedy jada na stołówce wielu nauczycieli] obiadki są zawsze zacne: schaboszczak, pieczeń, na którą nie wiem czemu tak niektórzy narzekali, bo tłuszczu w niej prawie nie było, filet z kurczaczka… Na wszelkie pochwały moim zdaniem skromnym zasługują też pałki z kurczaka i sos z nimi podawany. Mięsko chudziutkie i łatwo odchodzące od kości, co się bardzo liczy, bo nie ukrywajmy, łatwiej po prostu poradzić sobie nie widząc z takim mięsem, skórka smacznie przyprawiona i chrupiąca nawet. No i te surówki: pycha, zawsze. Co do zup… No cóż, zwyczajowy rosół, który jest powszechnie uznawany za smaczny i godny uwagi tutaj, że się tak wyrażę nieładnie, dupy nie urywa. Wodnisty, słabo przyprawiony i mało w nim makaronu. Do innych zup nie mam większych obiekcji, poza osobistą niechęcią do niektórych. A apropo makaronu to jaka to duża szkoda, że dają go niezbyt często. I jaka druga szkoda, że gdy nastanie ten dzień, w którym zrobią makaron zapiekany z warzywami, to nie potrafią go przyrządzić. Zwykle są to posklejane serem bryłki, poza tym makaron luzem i do tego jakieś kawałki warzyw. Gotowanych. Jakoś to nie do końca współgra.
Na osobną wzmiankę tutaj moim zdaniem zasługuje zestaw-upiór, który zazwyczaj podawany był w weekendy, ale kilka razy [o zgrozo!] również w poniedziałek, a mianowicie grochówka i kaszka manna, chyba nawet na mleku ze sztucznym sokiem/sosem truskawkowym. Raz spróbowałam spożyć ten obiad w całości. O-Hy-da! Połączenie tych dwóch potraw to jakieś nieporozumienie. I na tę kaszkę też słyszałam narzekania i sama, przyznam się szczerze, również je produkowałam. Bo co, to ma być danie obiadowe? Jakby to tak dali na śniadanie, to byłabym wniebowzięta, ale na obiad to by się człowiek spodziewał czegoś konkretnego, no nie?
Kolejny temat rzeka to śniadania. W związku z ogólnym niezadowoleniem z częstego pojawiania się zup mlecznych, rada internatu wywalczyła to, żeby można było wybrać między rzeczonymi zupami a czymś innym – serem żółtym czy szynką, co tam kuchnia zarzuci. I co? Ano to, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pyszne zupki ustąpiły częstotliwością pojawień się kulkom czekoladowym, oponkom oblepionym pseudo miodem i płatkom kukurydzianym. No faktycznie, bardzo zdrowy i pożywny posiłek. A mnie osobiście w tym boli to, że widocznie umowa z radą internatu alternatyw do tych płatków nie obejmowała. Po co zresztą, skoro ludzie je lubią.
W kwestii drugich śniadań nie mam wiele do powiedzenia: po prostu staram się unikać tych nie wiedzieć czemu dziwnie zajeżdżających bułek, które zbyt często są z masłem i nieśmiertelnych, zawsze obecnych jabłek. Co innego kiedy nadchodzi wielkie święto i dadzą rogale. Ooo, wtedy to zupełnie inna rozmowa. Tylko czemu do jasnej cholery te rogale są zawsze z jakimś rzadkim, lepkim i o wiele za słodkim dżemem?!
Obiady omówiłam na początku, przejdę więc do podwieczorków. I tu uwaga uwaga: nie mam się do czego przyczepić, naprawdę. Za to inni mają. Choćby taki drobny fakt, że dokładnie we wtorek w tym tygodniu dostałam na własność podwieczorek całej grupy, czyli 6 jogurtów o czymś świadczy. Może tym razem po prostu o tym, że po całym popołudniu na dworze i żarełku z grilla zamiast kolacji nikt nie miał ochoty na nie spojrzeć, ale fakt faktem pozostaje. Zawsze przygarniam chętnie niechciane jogurty, soczki i owoce I dlatego zabolało mnie marnotrawstwo opisane przez kolegę Denisa. Jak można wyrzucać coś takiego do kosza?! Jak w ogóle można wyrzucać jedzenie zdatne do użytku?!
A teraz kolacje: ach te kolacje… Zwykle są to posiłki dość monotonne. Najczęściej króluje szynka, ale różnych rodzajów i z różnymi dodatkami. Ostatnio panie w kuchni czy też może ktoś u góry ukochał sobie paprykę. A gdzie pomidor! A gdzie zielony ogórek! Jak chodzi o dodatki, to zwykle jest to żółty ser, rzadziej jajeczko gotowane, a dni, w których pojawia się sałatka ryżowa zdarzają się o wiele zbyt rzadko. O wiele. Bywało też, oczywiście też z bardzo małą częstotliwością, że dali sałatkę gyros. Dawniej była też sałatka warzywna… I jajecznica… Osobiście nie zauważyłam tego nigdy, ale mówi się, że zagęszczano ją mąką. Mówi się też, że z kolei mleko rozcieńcza się tu wodą, żeby więcej było. A to to akurat prawdopodobne wielce mi się wydaje.
Ogólnie ujmując to muszę przyznać, że ostatnio się zaczęli starać jednak trochę dogodzić jedzącym, pojawiają się nowe potrawy jak np wyżej wspomniane sałatki, a inne, jak mortadela, parówki zapiekane z serem odeszły do przeszłości. Szkoda zdaniem wielu, że to samo nie spotkało grubej parówy, która z mięsem wspólnego wiele nie ma, a mimo tych wszystkich przepisów, regulacji nakazujących np. niepodawania na stołówce dań smażonych więcej niż dwa razy w tygodniu nadal dość często jest jedyną rzeczą, którą można dostać na poniedziałkową kolację.
Mimo tych wszystkich rzeczy, które tutaj wytykam to, kurde, lubię tutaj się żywić. Zawsze podchodząc do okienka proszę o dużo, dużo dużo drugiego dania, czasem poza tym jeszcze sobie z przyjemnością skonsumuję na dokładkę talerzysko zupy. Jest naprawdę mało takich rzeczy, których nie ruszę, bo ja wybredny człowiek nie jestem, pomarudzę, ponarzekam, ale jak dają, to bierę i jest dobrze. W końcu je się po to, by żyć, a nie odwrotnie. Jednak tak wysokiej oceny jak kolega Michał tej kuchni dać nie mogę, no sorry. Świeże pieczywo np. to tylko przy sprzyjających warunkach, kiedy nie ma szefowej, tak to zawsze takie z poprzedniego dnia niestety. 🙁 Masła zwanego też betonem lub asfaltem, choć to nieco przestarzałe określenia, bo teraz już nie jest zamarznięte na kamień jak na lekarstwo, ledwo dwie skiby się posmaruje pod warunkiem, że nie jest zbyt miękkie. Herbata zwykle jest jadalna, ale bywa, że jest to woda o posmaku herbacianym, do tego nawet bez tych jadłospisowych cytryny i miodu. No właśnie, bo też piszą to o niej przy każdym posiłku, że z miodem i cytryną, a tak naprawdę różnie z tym bywa. Ale ogólnie, to bym nawet dała jakieś 7 na 10 od siebie kuchni tej szkoły.
A jak się komu nie podoba co tu piszę, to nic nie poradzę. Tak jest i tak było. W końcu i złe strony ujmuję, i dobre też. I nie wyrażam tylko swoich własnych opinii, ale też innych osób. Ponadto chcę podkreślić, że mimo wszystko jest to tekst o charakterze satyrycznym, napisany po to, by bawić a nie obrażać kogokolwiek.
Sądzę, że kojarzycie film "Love story". Nie wiem, jak szeroko znany jest fakt, że człowiek, który napisał do niego scenariusz, jest również autorem książeczki o tym samym tytule i treści zresztą też, wydanej parę miesięcy przed premierą filmu. Pewnie dość szeroko. Ciekawe jak dobrze jest znany fakt, że opowieść ta ma drugą część, przypuszczam, że jednak trochę mniej. Mi tu jednak chodzi o trochę inną kwestię. MIanowicie kojarzy pewnie dobrych paru czytelników książkę "Jesienna Miłość" oraz film "Szkoła uczuć", który jest jej adaptacją, tak, adaptacją, nie ekranizacją. Że tak zacytuję jakże wiarygodne, ale jednak w tym wypadku prawdomówne źródło, jakim jest wikipedia.pl: "Adaptacja filmowa (łac. adaptatio – przystosowanie) – rozumiana jest jako obróbka materiału, najczęściej literackiego, choć także przedstawienia teatralnego lub słuchowiska radiowego, przeznaczonego do sfilmowania. W praktyce jednak adaptacja filmowa często wykracza poza tę definicję, poszerzając lub nawet zupełnie zmieniając kontekst dzieła." Natomiast, jak czytamy dalej w tym samym artykule "W odróżnieniu od adaptacji, ekranizacja filmowa jest wiernym pod względem treści i formy przeniesieniem dzieła na ekran filmowy, a pojęcia te nie powinny być stosowane wymiennie". Jeśli ktoś z Was będzie je stosował wymiennie, to lojalnie ostrzegam, że będę zwracać na to bezlitośnie uwagę. Wracając do "Szkoły uczuć" i "Jesiennej miłości", choć chyba jednak bardziej do tej książki: serio? Przecież to jest druga "Love story". No bo cóż my tu mamy: chłopak z perspektywami na sporą karierę, syn, a jakże, chyba najbogatszego, a na pewno bardzo wpływowego człowieka w mieście i poza nim również spotyka szarą, niepozorną myszkę, a nawet lepiej, bo jeszcze chyba niezbyt lubianą przez rówieśników. Różni ich wszystko, zainteresowania, podejście do życia i ludzi. A jednak w końcu mimo oporów i początkowej niechęci oczywiście wkrótce są już w związku. I są szczęśliwi i kochają się jak aniołki aż do chwili gdy to okazuje się… Kuźwa mać, dokładnie to samo co w "Love story", hura! No i w tym momencie rodzi się pytanie: czy to plagiat, czy po prostu kolejne wykorzystanie tego samego, znanego wszystkim tak, że już chyba archetypicznego schematu? Odkrycia, żę coś tu śmierdzi dokonałam osobiście, w szóstej chyba klasie kiedy na jakiejś religii oglądaliśmy właśnie "Szkołę uczuć". Już wtedy pomyślałam sobie "nie no, serio? Przecież to to samo. Normalnie zerżnięte idealnie". Teraz widzę różnice. Bo choć przesłanie obu utworów jest w miarę podobne, to, że tak powiem, owijka całkiem inna. Bohaterowie się od siebie różnią, inne kwestie są poruszone. I jednak mam tu mały dylemat, bo schemat "Love story" jest już tak oklepany, tak doskonale wszystkim znany, że ktoś, kto go użyje niekoniecznie musi popełniać plagiat. To jest już po prostu model, taka historia znana każdemu, jak ta o Adamie i Ewie niemalże, czy, żeby się wyrazić dokładniej, jak typowy schemat opowieści drogi. I zapewne Erich Segal nie mógł być jej twórcą, tylko, że on to tak dobrze obmyślił, że "Love story" stała się schematem, na którym, jak ilustruje powyższy przykłąd, opierają swe historie inni. Tylko… Czy w tym wypadku nie mamy do czynienia z pewnym przegięciem?
Pewnie nie jestem pierwszą osobą, która tak te utwory odbiera. Ale zrobiłam to sama i to jeszcze w tak smarkatym wieku, no i jest to tak spore podobieństwo, że ciężko go nie zauważyć.