Wykopalisko 4 – Twórczy ból

Powiem tak: nawet plik, w którym to znalazłam nosi tytuł "Moje pierdoły".
Z drugiej strony… Czy Wy też tak nie macie czasem? To wklejam w formie nie zmienionej, nawet literówki zostawię, bo gdybym zaczęła poprawiać, to by wyszedł zupełnie inny tekst 😀

Nie lubię pisać byle czego.
Po prostu jakoś nie mam serca do takich pierdół.
To znaczy ogólnie mam, ale w tej chwili na przykład zabrakło mi natchnienia. Nie mogę wymyślić
nic, o czym chciałabym napisać. Zaczynam jakiś tekst i zaraz stwierdzam,
że mi się nie podoba. Kasuje wszystko i zaczynam od początku,
ale też mi nie idzie. Mam ochotę coś z siebie wywalić i napisać, ale jakoś nie mogę
dojść, o co mi chodzi. Nie wiem, dlaczego nie mogę nic napisać.
Po prostu mi nie wyjdzie i już. Przed chwilą zaczyynałam parę razy i nic z tego.
Kasowałam i od nowa. I znowu było nie tak, jak trzeba.
Czegoś mi tu brakuje. Myślę, że chodzi o natchnienie. A może coś mnie
blokuje, bo chce wyjść? Jednak jak już wspominałam, nie wiem, co to jest.
I to uczucie, że chętnie bym popisała, ale nie mogę nic wymyślić jest dość głupie.
Chciałabym, ale nie może mi nic wyjść.
Wiem, że pisząc to, co teraz właśnie piszę, jednocześnie zaprzeczam sama sobie, ale tak jest.
Wybrałam ten temat, bo o tym mogę coś powiedzieć.
Nic lepszego, niż przepisanie tego co czuję nie przychodzi mi do głowy.
Po prostu to tylko mogę opisać w tej chwili i nie stwierdzić zaraz, że to beznadzieja.
A zatem proszę bardzo, piszę sobie o tym, co mi nie pozwala pisać.
Brzmi jakoś kretyńsko, ale w zasadzie tak to wygląda. TO się nazywa paradoks.
Piszę o tym przez co nie mogę pisać nic innego.
Właściwie mogłabym zajrzeć do folderu z zaczętymi już opowiadaniami i pisać coś do końca.
To byłoby coś. W gruncie rzeczy przecież
nie mogę pisać, bo nie mam żadnego fajnego pomysłu. O to robię ten cały szum:
po prostu nie znajduję czegoś, co mogłabym rozwinąć i co chciałabym ciągnąć nawet
po zamknięciu pliku.
Więc po co ja właściwie to piszę? Tylko po t, żeby się
jeszcze bardziej pogrążyć w głupotach, czy jak? Wiem, że to nie ma sensu, więc zaraz
kończę te pierdoły i zabieram się za coś bardziej konstruktywnego.

P.S. Nie pamiętam, czy wzięłam się potem za coś innego

Wykopalisko 3 – rozważania nad lękiem

Trochę poprawione, ale to tylko na dobre wyszło jak sądzę.

Czego się boimy:

Ciemności;
porzaru;
śmierci;
trupów;
wypadków samochodowych;
utraty;
duchów;
potworów;
końca świata;
morderców;
kosmitów;
obrzydlistw, na przykład dotknięcia otwartej rany;
krwi;
utraty kontroli;
zabłądzenia;
wysokości;
zboczeńców;
bólu;
utonięcia;
tego, co produkuje nasza wyobraźnia;
wielkich przestrzeni;
zamkniętych przestrzeni;
dzikich zwierząt;
chorych zwierząt;
wielkich zwierząt;
opuszczenia;
wyśmiania;
ludzi;
Psychopatów;
złodziei;
szaleństwa;
przemocy;
wojny,
że coś nam nie wyjdzie;
że komuś zrobimy krzywdę;
że ktoś nam zrobi krzywdę;
że nie będziemy umieli się przed czymś powstrzymać;
że stanie się coś złego;
boimy się tak po prostu, nie wiadomo dokładnie czego.

Podsumowanie: wszystko to wskazuje
na to, że boimy się głównie tego, co może doprowadzić do bólu, śmierci lub utraty kogoś albo czegoś ważnego.
Boimy się też tego, czego nie znamy.

To sprowadza się do jednego: bardzo ważne jest dla nas życie
i stabilizacja
Dopisek: i nasz świat, wytyczony naszymi granicami

Wykopalisko 2 – skrócona charakterystyka Ziemi

Była raz sobie pewna planeta. Nic szczególnego, kawał skały krążący w przestrzeni wokół maleńkiej w porównaniu z innymi gwiazdy.
Od innych planet odróżniało ją tylko to, że przypadkiem właśnie na niej powstało coś takiego jak życie.
Była to rzecz wysoce osobliwa. Szczególnie zadziwiające było dążenie
istot żywych do przetrwania za wszelką cenę ich gatunków.
W takim układzie słabsze i mniej przystosowane do walki o swoje osobniki musiały zginąć, bo na każdym
kroku czyhało na nie niebezpieczeństwo. Za to te żywe istoty, które wykazały się większą wytrzymałością
i siłą mogły przetrwać, potem się ze sobą rozmnażać i stwarzać kolejne silne osobniki.
Najbardziej krwiożerczymi i bezwzględnymi istotami byli ludzie.
Różniło ich od innych zwierząt to, że potrafili się porozumiewać, mieli samoświadomość
i pomysłowość. Nauczyli się posługiwać narzędziami,
co pozwoliło im w końcu stać się najniebezpieczniejszymi stworzeniami na całej planecie.

Wykopalisko 1 – Początek autobiografii :D

Skopiowałam sobie ze starego dobrego stacjonarnego komputerzyska, którego nie uruchamiałam od najmniej półtora roku swoje zapiski. I znalazło się wśród nich takie cudo. Jako jedno z raczej nielicznych dzieł, które są nawet udane, zamieszczam je tutaj, z bardzo drobnymi korektami.

Żyła pewnego razu jedna dziewczynka. Nazywała się
Zuzanna Mikler. Była to taka trochę dzika,
oryginalna osoba. Może część poprzedniego zdania można zakwestionować,
ale na pewno nie można powiedzieć, że nie ma w nim choć odrobiny prawdy.
Bo ta dziewczynka była jednak troszkę… specyficzna.
Kiedy miała szesnaście lat i zastanowiła się
nad tym, jaka była gdy miała osiem czy dziesięć,
musiała przyznać samej sobie, że chyba nie bardzo
jest się czym chwalić. Przypomniała sobie
jak to musiała po raz pierwszy zostać w internacie
po szkole i tam czekać na kogoś, kto
by ją zawiózł do domu. Wtedy obraziła się na cały świat, bo… Właściwie
nie wiedziała już czemu, ale pamiętała, że była obrażona
i przez dobre kilkadziesiąt minut obrażona na cały świat wytrwale zatykała sobie
palcami uszy, żeby nie słyszeć denerwujących ją
swoim gadaniem wychowawczyń. Wróciły wspomnienia, jak
to na kółku informatycznym siedziała pod biurkiem, a nauczyciel
stwierdził tylko, że cieszy się, że nie musi wstawiać jej ocen, jak to gdy była
w pierwszej klasie podstawówki biegała i przytulała się do każdego, kogo
zobaczyła na korytarzu szkolnym. Potem wszyscy uczniowie uciekali od niej, krzycząc "uwaga, dusiciel!"
Albo jak próbowała wszystkich podnosić, zresztą z dobrymi skutkami… Oj, było tego trochę.
Przypomniawszy sobie te wszystkie dość żenujące szczegóły
i przemyślawszy je chwilę doszła wreszcie do wniosku: "o żal,
ale ja byłam masakrycznie dzikim dzieciakiem! Normalnie potworek!"
Nie podniósł jej na duchu ten wniosek.
Spytała swoich koleżanek ze szkoły jak
one pamiętają same siebie z czasów gdy były w pierwszej, trzeciej
klasie. Ich odpowiedzi, co ją nieco zdziwiło i zarazem
trochę ucieszyło, brzmiały dość podobnie
do tego, co sama o sobie sądziła. Uznała więc,
że w takim razie nie ma się za bardzo czym przejmować.
A poza tym co było a nie jest nie pisze się w rejestr, czyż nie? Z tym, że niektórzy nauczyciele z całą pewnością zapamiętają niektóre z jej wybryków.
Kiedy była w drugiej klasie, dowiedziała się ni stąd
ni z owąd, że już nie będzie po lekcjach zostawała w grupie w internacie.
Teraz będzie czekać na dowóz do domu w świetlicy. Nie spodobała
się jej ta wiadomość. Obeszła rzeczoną świetlicę dookoła
z niezadowoleniem oglądając całe, zresztą niezbyt
bogate wyposażenie. Potem stanęła pod ścianą i ze złością
wyraziła swój krytyczny osąd:
"na więzienie niezłe".
Potem przyzwyczaiła się w końcu do tej zmiany
Przez pewien czas w świetlicy nie było niemal nic.
Za wyposażenie służyło kilka stołów, krzesła,
i właściwie niewiele więcej. Było bardzo nudno.
Prawie żadnych rzeczy, którymi można się bawić.
Tylko plastelina w czterech kolorach, kredki, papier i pani
do męczenia. A czasem pan, ale on się nie dawał. Ach, no tak, jeszcze książki.
Pani czasem czytała, ale przestała kiedy tylko pojawiło się więcej zabawek.
Szkoda trochę, nasza dziewczynka bardzo
lubiła słuchanie książek. Właściwie można powiedzieć,
że to był bardzo ważny element jej życia.
Nie wiadomo, jak jej rodzina przetrzymała ten cały czas,
w którym dziewczynka słuchała książek na kasetach na cały regulator.
To naprawdę dziwne, że jej nikt wtedy
nie zadusił poduszką. Cóż, są takie rzeczy
na niebie i ziemi, o których się fizjologom nie śniło.
Jedną ze swoich koleżanek nasza dziewczynka spotkała poraz
pierwszy kiedy ta przyjechała zobaczyć
ośrodek. Wychowawczyni zawołała
Zuzkę do klasy.
– możliwe, że w przyszłym roku będziecie w jednej klasie – powiedziała pani Ilona.
Zuzka uścisnęła spoconą rękę przyszłej koleżanki.
Spojrzała na nią. Była dość wysoka, wyższa od naszej bohaterki.
Miała na sobie coś czerwonego chyba. "Pewnie druga taka Lidka, może jakaś eska –
oceniła Zuzka.
Lidka to taka cicha, spokojna dziewczynka, która
nigdy nie odzywała się nie proszona. Zawsze sumiennie robiła
to, co miała zadane i nigdzie się nie udzielała.
Gdy po latach Zuza spytała swą, wtedy już bynajmniej nie nową koleżankę jak ona
zapamiętała ich pierwsze spotkanie, usłyszała:
"Miałaś wtedy na sobie brudną bluzę".
"No, całkiem możliwe, była już noszona któryś dzień z kolei. taka
granatowo-biała, jeszcze pamiętam" – przypomniała sobie nasza bohaterka.
A w następnym roku ta dziewczynka znalazła się w tej samej
klasie co Zuza. Polubiły się nawet, a tamta wcale nie okazała się eską.
Na przerwach chodziły ze sobą trzymając się za rękę. Kiedyś poszły
do automatu z batonikami, który stał koło świetlicy.
Zdążyły jeszcze usłyszeć jak dwoje czy troje starszych uczniów
próbowało z niego wydostać swoje pieniądze.
– E tam, chodźcie, już nie wyda – stwierdził
któryś z nich.
Odeszli, a dziewczynki stanęły przed
automatem. Koleżanka Zuzi wrzuciła pieniążki, nacisnęła przycisk, wyleciał
oczywiście batonik i reszta.
– O wydało mi więcej – być może powiedziała koleżanka.
Potem szarpnęła Zuzkę i zaczęły uciekać, a ci, którzy kupowali przed nimi wołali, by się zatrzymały
Śmieszne. Oj, ale ta koleżanka to trzeba
przyznać bywała nieuczciwa. Jak
zresztą chyba wszyscy. Trudno byłoby znaleźć osobę,
która nigdy nie złamała jakiegoś przykazania.
Ale ona… Z tej słodkiej
dziewczynki wyrośnie cwana, jak trzeba to i wyrachowana
niegłupia kobieta.
Zuzka gdzieś to podświadomie czuła, ale nazwać nie
potrafiła przez długie lata.
W ogóle, cienias z niej raczej był jeżeli
chodzi o obserwowanie i określanie innych.
Taka spostrzegawczość jest u kobiet
raczej częsta, a u niej niemalże nie istniała.
Lepiej jej szło na przykład analizowanie tekstu
i łączenie faktów, które w nim się znalazły.
Zapamiętywanie naprawdę drobnych szczegółów też jej zawsze
dobrze się udawało. Ale nie wiedzieć czemu nie
w rozmowach, życiu codziennym.
Chociaż to też się zdarzało.
Ale mniejsza z tym.
Zuza zawsze lubiła czytać książki.
Była to jej największa pasja.
Ale nie lubiła czytać ich osobiście.
Nie, do tego to nie była
szczególnie chętna. Wolała
z biblioteki książki mówionej dla niewidomych.
Szła sobie jej matka, niekiedy
z bratem albo z jej ojcem nawet,
brała torbę podróżną i przynosili
do domu kasety.
Ładnie zapakowane, w takich specjalnie robionych
długich pudełkach. Te,
które miały na końcu na pokrywce zieloną nalepkę były
dla dzieci.
Te z żółtą – dla wszystkich, czyli dla dorosłych,
a te, które czasem widziała kiedy sama zaczęła do biblioteki
chodzić, które miały czerwone
nalepki… No, nie wiedziała dla kogo są,
chociaż pani jej kilkukrotnie wyjaśniała.
Ale ona nigdy takiej nie dostała.

I tu kończy się ta historia, jest napisana na tyle fajnie, że aż trochę kusi, by skończyć.

Noc – wierszydło

I znowu dzień wstaje, spokojnie, powoli,
i znowu różowi się niebo na wschodzie
Ipowiew leciutki tak cieszy, orzeźwia,…
Samotność przed światłem się chowa jak codzień.
I jeszcze dzień jeden przeżyjesz w spokoju,
Radując się życiem i bojąc za razem,
wiedząc, że Twe szczęście kiedy noc się zacznie
W obliczu smutku będzie tylko wyrazem.
A gdy noc zapada, ciemna, długa, pusta,
Ty leżysz bezsennie, samotność się budzi,
I zazdrościsz innym, że tak spokojnie śpią,
I jesteś sam jeden w domu pełnym ludzi!
Aż w końcu dzień wstaje, spokojnie, powoli,
i znowu różowi się niebo na wschodzie
Ipowiew leciutki tak cieszy, orzeźwia,…
Samotność przed światłem się chowa jak codzień.
I jeszcze dzień jeden przeżyjesz w spokoju,
Radując się życiem i bojąc za razem,
wiedząc, że Twe szczęście kiedy noc się zacznie
W obliczu smutku będzie tylko wyrazem.

Gwoli ścisłości: zdaję sobie sprawę z faktu, że ten wiersz ma lepsze i gorsze momenty. Może któregoś dnia go poprawię.
I gwoli drugiej ścisłości: to, że napisałam wiersz, to najprawdopodobniej jednorazowy wybryk

Od zakończenia roku do sami zobaczcie czego

Zaczynając, myślałam o tym, by opisać jak wygląda droga, którą trzeba przejść, by dotrzeć na studia, jak to wygląda organizacyjnie. Ale mi się odechciało. Zamiast tego cofnę się wstecz o jeszcze dwa miesiące, czyli do swojego zakończenia liceum. Ale spokojnie, powyższy temat też kiedyś poruszę.
Był to 28.04.2017, piątek oczywiście. Zakończenie owo przebiegło pięknie. Stada, no dobra, jedna czy dwie wzruszone nauczycielki, a szczególnie jedna, żegnające naszą klasę ze łzami. Bo też i byliśmy, że tak nieskromnie powiem chyba najlepszą, najbardziej zgraną i pełną otwartych, porządnych młodych ludzi klasą. Pewnie najlepszą, jaką ten ośrodek przez ostatnie parę latek miał. I dostawaliśmy po kolei upominki od: wychowawczyni klasy, wychowawczyń z internatu, pana Leszka, człowieka, który dostosował tenisa stołowego dla niewidomych, w której to dyscyplinie prawie wszyscy się udzielaliśmy z dobrymi wynikami, pewnie tradycyjnie od uczniów niższych klas liceum, od babki od polskiego i nie pamiętam już kogo jeszcze. Po trzeciej czy czwartej rundce stałam na scenie i nie wiedziałam co mam zrobić z tymi wszystkimi torbami. W końcu tę największą postawiłam za sobą na podłodze. Jakoś niezręcznie się czułam z tym całym dobrodziejstwem. A do tego… Przypuszczałam, że cała ta ceremonia wywrze na mnie większe wrażenie, że może nawet łezki z ócz pociurkać mogą, a tymczasem nic. Jedyne emocje, które wtedy moją głowę zajmowały, to ciepłe myśli o koledze Kamilu Łukaszewiczu, który niecnie uciekł z chyba dwóch lekcji tego ranka, które przeleżeliśmy na moim łóżku w internacie. Ciągnęło mnie do niego po prostu gdy tam tak stałam na tym zakończeniu roku i zastanawiałam się tylko gdzie on siedzi i jakby to było przyjemnie, gdyby udało mi się go gdy już zejdziemy z tej sceny napotkać i usiąść na krześle obok.
Niestety, nie udało się. Nawet przez dłuższą chwilę sądziłam, że koleś, koło którego klapnęłam to on, tak mi się wydało gdy go niby przypadkiem trąciłam, że miał jego posturę. Trącałam więc niby przypadkiem jeszcze parę razy. Raz czy drugi nawet odpowiedział tym samym. Aż w pewnej chwili dotarło do mnie gdy coś powiedział czy się zaśmiał, że to nie Kamil, tylko kolega, który od pewnej pamiętnej biegunki, o której paru nauczycieli chyba nigdy nie zapomni zyskał pierwsze miejsce w rankingu najobrzydliwszy gość w ośrodku. Poza wszystkim… Ja go po prostu nie lubię, arogancki kretyn. Gdy tylko go rozpoznałam, od razu przeszła mi chętka na niby przypadkowe trącanie.
I takie było moje zakończenie liceum. Nie był to jednak koniec historii z Owińskami, nie. Wszak później były jeszcze matury. A jeszcze później kierownik internatu pozwolił mi mieszkać do końca roku szkolnego. I chodziłam całkiem jawnie i po pierwszym tygodniu czy dwóch bez żadnych obaw na prawie wszystkie [poza matematyką, biologią i niemieckim] lekcje z klasą Kamila. No bo czemu nie? Zresztą nie tylko ja, kolega z klasy również miał tam swoją miłość, chodziliśmy więc we dwoje. Byłam z nimi na dwóch wycieczkach: w tym jednej do Centralnej Oczyszczalni Ścieków, jak się domyślacie bardzo romantycznej. Było raz nawet tak, że jeden nauczyciel, gdy spytałam go czy mogę do niego wejść na lekcję oznajmił, że: "wiesz, że nie zawsze możesz spędzać czas z Kamilem", którą to delikatną sugestię zrozumiałam i odeszłam, a nauczyciel ów tego kolegę, który też chodził na lekcje do swojej lubej wepchnął jeszcze do klasy, bo pewnie też chciał pójść, skoro mi odmówiono. Nie masz sprawiedliwości na tym świecie. A no tak, na te lekcje też już potem nie próbowałam się dostać. W sumie to ów pan, który to zrobił sobie u mnie grabi :D. Gdy byłam jeszcze w pierwszej liceum myślę, że naprawdę bez dziwnych intencji mnie gilgał czy podszczypywał w brzuch. Jak raz się wnerwiłam i go odepchnęłam, nie próbował więcej. Poza tym on organizuje często wyjazdy na różne koncerty i takie tam duperelne wydarzenia. Parę razy odmówiłam uczestnictwa. No naprawdę, czy ja muszę jechać na koncert Ewy Farnej czy Lemona? Muszę? A skoro mogłam, to wolałam nie musieć. Aż raz było tak, że był taki koncert, na który z chęcią bym pojechała, no bo wow, super, covery Beatlesów, jak tu nie uczestniczyć w czymś takim, co mnie interesuje? Tym razem również nie mógł pojechać ktoś inny, może nawet więcej niż jeden ktoś. No i kolega dzwoni do tego pana, dał go na głośnomówiący, żebyśmy sobie posłuchali jak mu mówił, że nie może tym razem.
– A dobrze dobrze, rozumiem, to znajdę kogoś innego.
– Proszę pana, ale Zuzia by chciała pojechać.
– Mhm, dobrze, dziękuję, że mówisz, że nie pojedziesz, znajdę kogoś tam na twoje miejsce.
Nie wiem czy znalazł czy nie. Wiem, że tym kimś na pewno nie byłam ja. Tylko za co ta kara? Że śmiem mieć swój gust i nie korzystać z jego dobroci? Czy może z zasady, że jak ty masz mnie w odwłoku, to ja ci pokażę, że też tak mogę? Chyba zbyt mało pokory we mnie odnalazł. Trudno. 🙁 Niekażdy jest owieczką, sorry, taki lajf. Nie to nie szanowny panie.
No i tak marudzę na to wszystko, ale nie było ogólnie tak źle przecież, ten człowiek trochę dobrego dla mnie osobiście nawet zrobił, ale co to było nie napiszę, bo nie chcę, żebyście jednak wiedzieli co za jeden. A jeśli ktoś się domyślił, to ja proszę owego kogoś, coby nie rozpowiadał na lewo i prawo, że mam do gościa cokolwiek, bo w ogólnym rozrachunku to go w zasadzie lubię, choć mu nie bardzo wziąwszy powyższe pod uwagę ufam. Generalnie jest spooko 🙂

Poważny wpis – manifest normalności

Jak tytuł wskazuje, jest to poważny wpis. Proszę więc o trochę szacunku, jakkolwiek może komuś się wydać, że to pierdoły.
My, niepełnosprawni, jesteśmy takimi samymi ludźmi, jak wszyscy inni. A najlepszym świadectwem poza tym, że wyglądamy, myślimy i zachowujemy się jak inni przedstawiciele gatunku homo sapiens jest to, że również możemy być słabi, nieodpowiedzialni, głupi i nieuczciwi lub dobrzy, godni zaufania, silni czy odpowiedzialni. Możemy się mylić, zdradzać, kochać, mieć ochotę na chwileczkę zapomnienia, być alkoholikami, obżartuchami, mieć anoreksję, depresję, potrzebować wsparcia, kopa na szczęście lub na otrzeźwienie. I my też możemy być przestępcami. W naszych domach niekoniecznie wiedzie się dobrze. Pochodzimy z różnych środowisk. Dobrych paru z nas wie co to przemoc domowa, dom dziecka, rodzina zastępcza.
No i co, czy nie jest to dogłębnie ludzkie?
Taka mała filozofia na dziś. Proszę, nie dodawajcie mi komentarzy w rodzaju: no naprawdę, Amerykę odkrywasz, co w tym dziwnego. Nie róbcie tego, bo ja o tym wiem. Tylko… Tylko widzicie, naczytałam się w życiu trochę książek i kiedy spojrzę na niepełnosprawnego przez ich ogólny pryzmat, to mi wychodzi, że ogólnie nie jest taki niepełnosprawny jakoś często ukazany jako postać wielowarstwowa, która ma swoje potrzeby, antypatie i sympatie, czyli jednym słowem jako pełny człowiek. Przykładów nie podam, ale takie wrażenie jakoś odnoszę. I nie, to nie jest zachęta do dyskusji jak to świat nas nie docenia. To jest po prostu coś, co mogłoby być moim manifestem człowieczeństwa, a poprzeć te słowa i zaświadczyć im mogę swoim dotychczasowym życiem.
Jest jeszcze druga kwestia: dlaczego większość przykładów, które podaje jest negatywna? A widzicie, jakoś mam wrażenie, że ludzie łatwiej wierzą, że biedny niepełnosprawny jest kimś wielkim niż zastanowią się nad faktem, że prowadzi poza tym zwykłe, szare życie, może bije żonę, może oszukuje, może ćpa, kradnie albo daje d na lewo, prawo, przód i tył i to lubi? Może jest świadkiem Jehowy albo popiera PIS lub nawet Korwina? A może ma to wszystko głęboko gdzieś i czeka tylko aż mu dadzą, zrobią i powiedzą co ma robić? Czyli może po prostu jest człowiekiem, ma wolną wolę, sumienie, serce i inne dobrodziejstwa inwentaża związane z człowieczeństwem, tak po prostu? A do tego taką przykrą właściwość, że nie jest sprawny fizycznie czy psychicznie, co utrudnia mu życie, kontakt ze światem zaburza, ale nie wpływa na to, co od niego jest niezależne, czyli np na to, kto jest jego rodziną i jakie owe osoby przekażą mu wartości, jak zostanie wyposażony na życie. Wszk gdyby nie ta przykra właściwość, funkcjonowałby tak samo, jak każdy inny człowiek.

Opowieść o tym, co robię przez 6 godzin tygodniowo

Ech…
Siedzę tu sobie w Drawsku Pomorskim w domu mojego lubego i smutno mi. Smutno, bo już za jakieś 60 godzin będę musiała iść na studia. I znowu zmierzę się z zajęciami. Znowu będzie trzeba czytać jakieś issues, np na fonetykę. Znowu będzie pisanie akapitów. A nie, przepraszam, w tym półroczu piszemy podsumowania. Niepojęte dla mnie jest to i zaskakujące, ale zarazem podnoszące na duchu, że ludzie w moim wieku, z takim samym jak ja, a zazwyczaj jednak lepszym wykształceniem i większą wiedzą językową nie ogarniają prostych zdawałoby się struktury i prawideł pisania rozbudowanego, kulturalnego paragraphu, pfu, akapitu znaczy. To naprawdę tak ciężko pojąć, że trzeba napisać jedno zdanie, w którym zawiera się temat całości, taki prosty, np. jeśli zadany temat to "3 examples of irresponsible behavior of Polish drivers", to starczy dać zdanie wstępne: "there are a few examples of irresponsible behavior of Polish drivers". I z głowy, a na dodatek 11 słów na minimum 290 bez żadnych problemów się znalazło. A potem jedziemy z wymienianiem, czyli: "The first one is that…" i heja do przodu. Na koniec powtórzyć innymi słowami zdanie początkowe jeśli się da [no w powyższym przypadku nie do końca]. Jak się nie da, to jedziemy z jakimś wnioskiem, który się nasuwa, np, że nieodpowiedzialne zachowanie kierowców to takie, które stwarza niebezpieczeństwo. I tyle, naprawdę, żadna filozofia. A ludzie potrafili przez pół roku do tego nie dojść, ledwo pozdawali na te 60%. No to ja nie rozumiem: to ja jestem taka wybitna, że to pojęłam od razu, oni są wszyscy tacy tępi czy ta kobieta nie potrafi nic wyjaśnić, tak jak oni twierdzą?
Kolejny ciekawy przedmiot to wymowa. I nie ewentualni angliści czytający ten kawałek pisaniny, nie chodzi mi o fonetykę. Przedmiot o wdzięcznej nazwie fonetyka i fonologia języka angielskiego to zajęcia teoretyczne. Tam się uczymy o tym, jak dźwięki powstają, jak jakiś konkretny wytworzyć, jak się one różnią od wymowy polskiej, jak się je transkrybuje, czyli zapisuje w międzynarodowym alfabecie, którym zapisuje się mniej-więcej jak dany wyraz się wymawia. Jeśli zobaczycie napisane słowo po angielsku, np "through" tak naprawdę nie wiecie jak je przeczytać, chyba, że już je znacie. Jeśli natomiast znacie IPA, czyli ten alfabet, to przeczytacie jego ipowy zapis zgrubsza prawidłowo.
Wymowa zaś to zajęcia praktyczne. Na nich po kolei skupiamy się na różnych angielskich dźwiękach i wałkujemy, na zajęciach i dużo samodzielnie, aż zabrzmią zbliżenie do wzorcowej ich wymowy. Wielkim sprawdzianem i zarazem rzeźnią są nagrania, które z okazji prawie każdego dźwięku trzeba wysyłać wykładowczyni. Są to nagrania konkretnych tekstów z podręcznika, w których wyrazy z danym dźwiękiem są upchane tak, że te teksty są aż głupie. Brak im ładu, konsekwencji. Najdurniejszy opowiadał o nastolatce, która tak jarała się Myszką Miki, że gdy tata zabrał ją do Disneylandu, nie mogła spać w nocy z podniecenia. Wszystko byłoby dobrze, naprawdę wszystko, gdyby nie to cholerne słowo: teenager, czyli osoba, która ma najmniej 13 lat. Serio, 13-latka tak jarająca się postacią z bajki? Był też inny tekst, który muszę poprawić do jutra do północy. Jedno zdanie w nim brzmiało mniej-więcej: pogoda w ostatnim miesiącu nie była zbyt ładna, także istniała obawa, że wielu uczestników zrezygnuje z udziału w maratonie. A następne zdanie zupełnie o czymś innym. I potem ani słowa o tym, czy tak było. A ja może z całej duszy pragnę mieć tę informacje? Może frustruję się i męczę tą okropną niewiedzą: zrezygnowali czy nie zrezygnowali, pogoda w dniu maratonu dopisała czy nie? Skoro mam się tego uczyć niemal na pamięć i i tak poprawiać, to chyba należy mi się pełna informacja, czyż nie?
Niezaprzeczalnie jasną stroną wymowy dla mnie jest to, że sobie z nią nieźle radzę, w zasadzie głównie dzięki tym uroczym tekstom, bo do nich muszę się porządnie przykładać. Co mi pomaga, to innych zabija. Jest 5 przedmiotów należących do jakby jednego bloku zwanego praktyczną nauką języka angielskiego. Należy do nich wymowa. Nie zdanie jednego z tych pięciu na pierwszy semestr, eliminuje studenta. Dwie osoby z mojej 19-osobowej grupy się poddały i w drugim semestrze się ani razu nie zjawiły. 3 poszły w… Znaczy więcej ich nie zobaczyłam kiedy babka wróciła w marcu z chorobowego. Do tego czasu jeszcze chodziły, bo przedłużyły sesję do jej powrotu, licząc na to, że jeszcze jedna próba ich uratuje. Tak więc cóż… Nie jest łatwo. Rozmawiałam z dziewczyną z trzeciego roku. Powiedziała, że z jej grupy z pierwszego roku do tamtej chwili dotrwało 7 osób.
A teraz cóż czytelnicy drodzy, do następnego razu. Wezmę się, póki mi się oczy same nie zamykają do tego tekstu o maratonie, oraz do drugiego o karmieniu piersią który trzeba nagrać na dziś. Jak ja tego dokonam, skoro cały czas spędzam z Kamilem? 🙂 Będzie się trzeba od niego na trochę oderwać i zająć tym, co wcale mi przyjemności nie sprawia. Na koniec wyjaśnię jeszcze skąd ten tytuł: 6 godzin, bo pisanie to jeden półtoragodzinny wykład, fonetyka i fonologia kolejny, a wymowa… A wymowa, to już szanowni państwo dwa wykłady

Autoprezentacja

Jeden z wątków na forum dotyczy naszego wyglądu. Chciałam dodać coś o sobie w komentarzu, ale jakoś dużo mi się napisało,, więc zrobię to tutaj.
Mam 164cm , około 50kg, włosy, które ciągle wszędzie znajduje (nawet w spodniach) sięgające prawie do pasa, niemal czarne, w dwóch wariantach fryzurowych: rozpuszczone i rozczochrane lubzwiązane gumką. Oczy to niby mam niebieskie, ale… No piękne to one nie są, od razu po nich widać, że coś jest nie tak. Figurę to mam niczego sobie. Okularów nie noszę. Długo by ze mną chyba nie przetrwały, przy moim tempie chodzenia i częstotliwości zderzeń z elementami otoczenia… Cechuje mnie nienawiść do dekoltów, bluzeczek z jakimiś koronkami, pierdołami, falbanami, zawijasami, fałdami, cekinami i innym ohydztwem. Noszę więc proste t-shirty, na to bluzy, najlepiej rozpinane, bo głupio jakoś jak się zgrzeję ściągać przez głowę. Nienawidzę również swetrów, bo są zbyt przewiewne. Do tego dżinsiki i koniecznie sportowy i praktyczny obów. Jeśli trampki, to tylko z gumą z przodu, żeby się nie pobrudziły za szybko. Również jasne szmaciane buty nie wchodzą za bardzo w grę, bo już zniszczyły mi się takie laczki w pralce i mam uraz. Typowo kobiece buty… Won! Baleriny najwyżej i to od wielkiego dzwonu. Z obcasami jakiejkolwiek wysokości trzymajcie się ode mnie z daleka. Sukienkę czy spódnicę mogę założyć z jakiejś okazji, proszę bardzo, tylko mam taki problem, że nawet jakoś nie posiadam żadnej takiej, która nie byłaby galowa. Biżuterii też nie noszę. Miałam jakieś dwa srebrne łańcuszki, pierścionek i branzoletkę, tylko gdziesik się zawieruszyły, więc nawet na studniówkę poszłam w tym roku bez ozdób. Torebka… A co to jest? Ja zawsze i wszędzie łażę albo z wielkimi kieszeniami, takimi, żeby wszedł portfel i Iphone, albo z wielkim plecakiem, takim, żeby wszedł laptop, ładowarka i może jeszcze np 6 kartonów soku i kilo karmy dla kota jeśli po drodze do domu zapragnę zrobić zakupy.
Usposobienie moje nie jest szczególnie anielskie. Jestem samowolna, leniwa, uparta, lubię się mądrzyć. Wszystko chcę robić po swojemu, bo jak zrobi ktoś inny, to pewnie nie tak jak oczekuję. Ponadto mam jakąś dziwną cechę, nie mam szczerze mówiąc pojęcia skąd to wynika, że ludzie, którzy mnie ledwo znają, po wymianie zdań, kilku godzinach spędzonych razem uważają, że jestem wojownicza, energiczna, nie dam sobie podskoczyć, że jak ktoś będzie się stawiał, to mu przyłożę. No fakt, delikatność to nie moja najmocniejsza strona. A jak czasem coś powiem, to nie wiadomo, śmiać się, płakać czy przypierdolić. Byliśmy np z paroma osobami w gościach. Dostaliśmy tam po talerzyku bigosiku. Gospodyni spytała gdy zjedliśmy czy jeszcze ktoś jest może głodny. Niewiele myśląc spytałam po prostu: "a jak tak, to co?" Zapadła ciężka cisza. Dopiero po chwili zorientowałam się jak to zabrzmiało. A chodziło mi wyłącznie o to, że jeśli jeszcze bym coś chciała, to co ewentualnie mogłoby to być. No cóż, dobrego wrażenia na owej pani nie wywarłam. W tym też nie jestem dobra prawdę mówiąc. Jednak mam chyba parę pozytywnych cech. Jestem praktyczna, o czym świadczy choćby sposób, w jaki się ubieram, mam jakieś tam poczucie humoru, staram się być jak najbardziej samodzielna i chętnie pomagam ludziom jeśli wiem w jaki sposób i potrafię tego dokonać. Np uczyć nie potrafię. Próbowałam w liceum pomagać koleżankom w nauce, stąd ten osąd. Można ze mną o różnych rzeczach porozmawiać. Jestem niby inteligentna, choć nie ma się czym chwalić, bo to nie moja zasługa tylko dar, nieważne Boży, losu czy przypadku, dar. Podobnie ze słuchem muzycznym i pewnie poczuciem humoru też, bo sorry, ale ono jest zależne od inteligencji.
Jest parę osób, które mnie lubią, wnioskuję, że jakieś powody ku temu posiadają. Tylko jakie? Słyszałam, że podobno lubimy ludzi, którzy są od nas słabsi, gorsi. No jeśli tak… To za co ja lubię choćby Tomeckiego albo taką Tygrysicę z teamtalka? Ja bym tę teorię rozszerzyła: lubimy też ludzi, których za coś podziwiamy, w których widzimy cechę sprawiającą, że ten ktoś staje się nam potrzebny do czegoś, bliższy.
Tak sobie dywaguję ciemną nocą, a powinnam robić coś zgoła innego. Mianowicie, w ramach zadania z wymowy muszę nagrać czytany przez siebie tekst. Za jeden błąd – złe postawienie akcentu, wymówienie jakiejś głoski jak polskiej czy brak redukcji samogłoski mam chyba pół punkta w dół, bo 20 takich błędów na dwie strony brajlowskie to już fail, czyli poniżej 6 pt na 10, czyli innymi słowy do poprawy.
#Filologia angielska na Uniwersytecie Adama Mickiewicza: polecam jeśli wam życie towarzyskie niemiłe, a stres, siedzenie cały dzień nad książką i zakuwanie tysięcy słówek, reguł gramatycznych tygodniowo, pisanie paragraphów i wszystkie wykłady prowadzone po angielsku miłe.
Dobra, kończę już, tak naprawdę termin na wysłanie tego nagrania upłynął dziś o północy, ale mam to w gdzieś, i tak na sobotę i niedzielę mamy wysłać kolejne, najwyżej babka przerzuci to, które teraz jeszcze postaram się zrobić zanim mnie sen nie zmoży do folderu ze spóźnionymi. Swoją drogą, tak straszyła, że nawet jak się wyśle minutę po północy to już będzie opóźnione, do sprawdzenia w innym terminie, a jak jej ostatnio dostarczyłam o wpół do pierwszej, to ani słowa nie usłyszałam poza tym, że zdałam 6 na 10. Życie na krawędzi 🙂

Witajcie dzieci!

Jak powyżej napisałam: witajcie dzieci!
Nie jestem mistrzynią pióra, choć kiedyś chwalili mnie za opowiadania, które tworzyłam. Teraz tak sobie nad tym dumam i dochodzę do wniosku, że nie były szczególnie dobre. Były dziwne, osoby, które opisywałam były bardzo podobne do mnien samej, czyli również dziwne. Tyle tylko, że brzmiało to składnie, gramatycznie i starałam się, by było również zabawne, co czasem jak sądzę wychodziło oraz logiczne, co wychodziło pewnie dużo częściej 🙂 W każdym razie założyłam sobie tego oto bloga pod wpływem impulsu. No bo kurde, czemu nie? Na tej samej zasadzie – pod wpływem impulsu – założyłąm sobie konto na eltenie. No bo… Czemu nie? Coraz więcej o nim słyszę, a to ten ma eltena, a to tamten… "Nie będę gorsza" – pomyślałam sobie.
Zbyt często się raczej na tym blogu nic nie pojawi, bo ani czasu na to, ani cierpliwości, ale jak już się znajdzie, to jeśli nie będzie bardzo długie, obiecuję, że będzie napisane starannie.
To na tyle jeśli chodzi o wstęp. Teraz przejdę może dosedna, czyli nakreślę zgrubsza kim jestem i po co mi ten blog.
Jak moje dane w profilu głoszą, mam na imię Zuzanna. Moje nazwisko i tak jest eltenowiczom znane, więc przytaczać go nie będę. Nadmienię jedynie, że niestety nie mam żadnego przezwiska ani też moje nazwisko nie da się przekręcić tak, by utworzyć z liter coś ciekawego. A szkoda, bo tylu ludzi wokół ma to szczęście. Oczywiście, różnie mnie przezywano, moi bracia mówili na mnie Mara, do tej pory zdarza im się Szlama albo Pała Zakała. W szkole jeden piękny i uroczy jak klapy od dwóch sroczy kolega popisał się inwencją iprzez jakiś czas zwracał się do mnie Diabeł, nie wiem za bardzo czemu. Ale nic z tego się nie przyjęło i gdy teraz tworzę sobie nicki nie wiem jakie. Ten sam problem był zawsze przy tworzeniu nazwy konta mailowego. No bo jak nazwę jakoś głupio, to będę z tym musiała tak żyć. Jak nazwę imieniem i nazwiskiem to też głupio, bo co, każdy ma wiedzieć jak się nazywam? I tak potrafiłam siedzieć pół godziny przed komputerem, nie mogąc rozwiązać tego ważkiego problemu.
Życie jest ciężkie to moje motto życiowe. Z tym, że zwykłam wypowiadać te słowa z takim uśmiechem typu banan na ustach,i nie, nie chodzi o to, że taki żółty. Czasy, w których mogłabym to dodać skończyły się kilka latek temu. Życie jest ciężkie, co tu ukrywać, ale już parę lat temu odkryłam, że nie może, przynajmniej mi, być tak źle, żebym w końcu nie przywykła do stanu rzeczy. Nie znaczy to, żę się z nim pogodzę do końca, że mi będzie dobrze, że go nie będę odróżniać od innych – po prostu da się przetrwać nawet kiedy jest naprawdę niefajnie. Drugie moje spostrzeżenie z tamtego okresu brzmi: cierpienie nie uszlachetnia. Teraz w zasadzie mogłabym zmienić jego treść: cierpienie uszlachetnia, ale w oczach innych, którzy ci wspólczują. Ty możesz zmądrzeć, nauczyć się czegoś, ale czy to można nazwać szlachetnością? Mnie złe doświadczenia uczyły raczej cynizmu i rozgoryczały. No, ale dość "filozorzenia", bo nikt tego nie przeczyta do końca. Nazwa tego bloga jest taka szczerze mówiąc dlatego, że były to pierwsze słowa, jakie przyszły mi do głowy gdy uotworzyłam okieneczko "wpisz tytuł". No i w zasadzie… Pierwsze pomysły często okazują się bardzo dobre. W tej sytuacji to prawda, bo a: to jest moje ulubione poniekąd zdanie, b: mam tu zamiar sobie czasem ponarzekać, że życie jest ciężkie, przeplatając i przedstawiając swoje żale śmiechem. Oby się udało 🙂 Mam nadzieję, że nie skończy się na tym jednym wpisie. Chciałabym się przekonać, że warto

EltenLink